<title_newspaper=Przekrj> 
<title_article=Na biaej stopie> 
<author_1=Janusz Meissner>
<author_2=> 
<language=pl> 
<style=press>
<year="1952">
<month="1">
<date=1952-01-06>
<period=w>
<status=1_obieg>
<support=paper>
Wtem psy zaszczekay przede mn i midzy rzdami sosenek mign mi czarny cie dzika. Strzeliem z przyrzutu i skoczyem naprzd. Psy ujaday wciekle, co kotowao si w gstwinie a chwiay si czuby modych drzewek strzsajc nieg.
Sam nie wiem, kiedy krzyknem: Nie strzela! - i wyrwawszy n z pochwy zaczem si przedziera ku psom.
Krew pulsowaa mi w skroniach, ponosio mnie. Ale gszcz by taki, e po kilku krokach uwizem wrd gazi. Przed sob syszaem gardowe rechotanie, pomruki, charczenie dzika i jazgot psw. Trzymay go!
To mnie jeszcze podniecio. Zostawiem sztucer, ktry mi zawadza i zaczem pezn na czworakach. nieg sypa mi si garciami za konierz, zgubiem czapk, podrapaem donie o zesche gazki i ski, rozdarem rkaw kurtki
Wtem poczuem ostr wo chlewni i dostrzegem bia w powe aty sier Belli, a w nastpnej sekundzie oko w oko, lub raczej  nos w gwizd  spotkaem si z potworn, kapic paszcz starej samury
Biay bysk kw w czerwonej, ziejcej par czeluci! Bysk, krwawa otcha, klanicie zwieranych szczk!
Instynktownie szarpnem si w ty i natrafiem na spryst lecz mocn zapor gazi! Zimny pot obla mi plecy, a nogi zmiky jak wata. Samura strzsna z siebie psy i gotowaa si do skoku.
Wrzasnem ze strachu: Trzymaj Prync, Bella  i nagle odzyskaem wadz w nogach; skoczyem pierwszy. Skoczyem jak jele  przez ten gszcz, ktrego nie mogem pokona Potknem si o sztucer, runem jak dugi, zerwaem si, chwyciem bro. Rce mi latay, serce miaem w gardle. Za mn przez gstwin dara si samura z psami uwieszonymi po bokach
</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language> 
</author_2> 
</author_1> 
</title_article> 
</title_newspaper>